czwartek, 12 maja 2016

Wyjaśnienie

Przepraszam za brak aktywności chociaż w sumie nie mam za co przepraszać, bo po prostu jestem rozczarowana brakiem komentarzy. Nie mam siły wkładać w to całego serca aby później nikt tego nie czytał, to nie ma sensu. Jeśli coś się poprawi to wrócę.

niedziela, 6 marca 2016

Rozdział XXIX - Śmierć szerzy granice

Ten, tego, powracam i jak zapowiadałam liczę, że w marcu wstawię dwa rozdziały (jeden mam już z głowy :") ).
Miał być dłuższy, ale tak wyszło, że na jutro mam pracę z polskiego i muszę skończyć ją pisać więc ten... Miłego czytania, zostawcie komentarz, do przeczytania w następnym poście :D


      Śmierciożercy wyłaniali się z każdego zakątka i próbowali mordować, nie szczędzili sobie czasu na walkę. Avada Kedavra wykańczała wszystkich. Jednak Petera wykończało zupełnie coś innego. Usiadł i skulił się na pozostałościach po siedzeniu, na którym nie tak dawno siedział z dziewczyną. Był roztrzęsiony, czuł jak wszystko rozpada się na kawałki. Jednak przypomniał sobie także o swoich przyjaciołach, wobec których bądź co bądź ale był wierny. Podniósł się, chwycił mocniej różdżkę w rękę i ruszył przed siebie. Powoli stawiał kroki, bojąc się, że konstrukcja pociągu jest teraz tak krucha, że może zapaść się  każdej chwili. Gdzie się nie obejrzał widział zakrwawione twarze. Ludzi, których może znał, może nie znał, ale wiedział o nich w tej chwili tylko tyle, że polegli w walce ze śmierciożercami. Zresztą, to większość poległa. Nic w koło się nie ruszało, absolutna cisza przygniatała go coraz bardziej. Zaczął z coraz większą dokładnością przyglądać się twarzą martwych ludzi. Serce, chociaż podarte na strzępy waliło mu coraz bardziej. Wszyscy... martwi. Zabici przez śmierciożerców, chociaż większość z tych ludzi w niczym nie zawiniła, była po prostu bezstronna a spotkała ich za to taka kara, okrutna kara. Zresztą nie tylko te osoby. Taka kara spotkała także Julie i mogła spotkać także jego. W sumie to nawet może byłoby lepiej gdyby on zginął... Przynajmniej nie byłby jedyną żywą duszą w pociągu. Przekroczył granicę miedzy jednym a drugim wagonem. Pociąg stał więc nie było to trudne. Nagle poczuł, że spada w dół. Był pewny, że zderzy się z torami, ale jednak zatrzymał się w powietrzu. Zdziwiony i przestraszony odwrócił głowę. Zobaczył Severusa Snape'a z szyderczym uśmiechem na twarzy.
      - Smark... - chciał pokonać lęk i stać się takim jak przyjaciele, postawić się Severusowi i wyzwać go.
      - Milcz! - wrzasnął Snape stojący na trawie obok torów a Peter poczuł jakby postać animaga, którą jest, skuliła się tam w środku jak cichutka myszka - I nie waż się odzywać! - dodał unosząc chłopaka do góry a następnie ruchem ręki opuszczając go w dół.
      W oczach czarnowłosego malowała się coraz to większa nienawiść, nie tylko do samego Petera, lecz do wszystkich Huncwotów. Stał, miał Pettigrewa w swoich szponach, mógł go rozerwać, mógł go zabić, tak bardzo tego chciał. Jednak, o dziwo, nie zrobił tego, wolał poznęcać się nad swoją ofiarą. Nagle Peter poczuł nieprzyjemne uczucie w głowie i jego wspomnienia mignęły mu przed oczami.
      - No proszę, co my tu mamy... Dziewczyna? Zginęła, czy mam rację? - nagle zaczął ironicznie naśladować głos Jamesa - Och, biedny Glizdek, szkoda dziewczyny, o jejku...!
      Nagle Glizdogon przypomniał sobie o istnieniu swojej różdżki i już chciał sięgnąć po nią do kieszeni gdy przypomniał sobie, że przecież trzymał ją w ręku gdzie teraz jej nie ma, a to znaczy, że musiał ją upuścić. I faktycznie magiczny patyk leżał na torach.
      - Powiedz mi, Pettigrew, co ty widzisz w Jamesie? Syriusza jeszcze zrozumiem przez czystość krwi ale James?! Nie rozumiem nikogo kto widzi w nim cokolwiek dobrego, to chodzące zło... Chodzące zło...
      Nagle Severus znowu przeniknął do umysłu chłopaka i zobaczył śpiącą Julie, chwile gdy siedział w swoim dormitorium i rozmawiał z dziewczynami, a później zobaczył... Urodziny Kath i Vic. Nagle poczuł ukłucie bólu, jednak chciał go zmniejszyć więc postanowił zadać ból Peterowi. Kolana zaczęły się pod nim uginać a on zaczął upadać, jednak znalazł jeszcze chwilę aby prawie niesłyszalnie wyszeptać:
      - Crucio...
      I upadł. Słyszał krzyk Petera, chciał się uśmiechnąć i cieszyć z zadanego bólu ale nie potrafił. Potrafił się uśmiechać tylko w jej towarzystwie. Bez niej nic nie sprawiało mu radości. Widział ją wszędzie, gdziekolwiek się nie ruszył czuł jej obecność. Nagle zauważył przed sobą jej twarz.
      - To koniec? - zapytał ją.
      - Jeszcze nie - szepnęła mu na ucho i delikatnie go w nie pocałowała - Tęskniłam za tobą.
      Następnie wytrąciła mu różdżkę z ręki, widząc, że Peter nie wytrzyma dłużej bycia pod wpływem czarów Snape'a, który był tak słaby, że sam nie potrafił tego przerwać.
      - Wszystko jest dobrze, jestem przy tobie... Sev, co się stało z dziewczynami i Huncwotami?
      Zignorował jej pytanie, za to postawił jej inne:
      - Dlaczego wróciłaś?
      - Tęskniłam. Za dziewczynami, za całą resztą, za... Za tobą... Bez ciebie byłam nikim. Kocham cię.
      - Bałem się o ciebie, każdego dnia o tobie myślałem, a ty zjawiasz się znikąd i mówisz mi, że mnie kochasz? Katherine, jesteś... Najbardziej zaskakującą osóbką na świecie, ale kocham cię za to. Już drugi raz uratowałaś mi życie, mam wobec ciebie dług wdzięczności. Podwójny - uśmiechnął się słabo.
      - Natomiast ja nie mam wobec ciebie żadnego długu, jestem wolna a ty musisz spełnić dwa moje życzenia - przygryzła wargę - złota rybko.
     - Myślałem, że porównasz mnie do skrzata domowego, ale skoro mam być rybką i to na dodatek złotą to z wielką chęcią...
      Tymczasem Peterowi udało się bez wypowiadania słów przywołać swoją różdżkę, nie chciał bowiem przeszkadzać w rozmowie Katherine, a na dodatek przypomnieć Snape'owi o tym, że właśnie miał go zabijać. Udało mu się uwolnić i teraz ostatkiem sił ciągał się po ziemi. Udało mu się dostać do wnętrza drugiego wagonu. Każdy jest ruch był bolesny, czuł się bezradny a w środku zły, że nigdy nie przykładał się do Obrony przed Czarną Magią tylko zawsze wyręczali go chłopacy. Na myśl o nich znów jakaś siła, tajemnicza energia wpłynęła w niego i przypomniał sobie swój cel - odszukanie ich. Podparł się na dłoniach i wstał, chociaż jego nogi odmawiały posłuszeństwa i się chwiały. Ledwo utrzymując równowagę, łapiąc się wszystkich napotkanych przedmiotów Peter zaczął iść przed przedział, do którego trafił. Niewiele różnił się od poprzedniego - same martwe ciała, nigdzie jednak nie widział ciał swoich przyjaciół, dotychczas widział tylko to ciało Victorie w poprzednim przedziale. Ciekawe czy już odzyskała przytomność... Nagle dostrzegł długie rude włosy i kulejąc podbiegł do osoby, do której one należały, oczywiście tak szybko na ile pozwalał mu ból. Włosy należały do Ariany, która była... Chyba była dziewczyną Syriusza, on już sam nie orientował się w tych związkach! W każdym razie była dla Syriusza ważna, może powinien sprawdzić co z nią? Schylił się nad nią i zauważył jak jej klatka piersiowa delikatnie się unosi. Żyje, na całe szczęście. Odsunął się od niej a tuż za nią zauważył kolejną znajomą twarz należącą do Chloe Ann Wolf. Schylił się ponownie i złapał ją za dłoń. Była zimna. Usłyszał czyjś krzyk i zobaczył biegnącego w ich stronę chłopaka w potłuczonych okularach.
      - Ann! - wołał i przeskakiwał ciała martwych ludzi aby do nich dotrzeć.
      - James? - zdziwiony Glizdogon spojrzał na zakrwawioną twarz chłopaka. Kawałki szkieł z okularów powbijały mu się w policzek, dobrze, że nie próbował ich wyciągnąć. Jednak jego oczy dalej pozostały takie same. Dalej jedyne na całym świecie. Orzechowe. Oczy, za którymi szalały dziewczyny dalej tkwiły tam i stanowiły jego znak rozpoznawczy razem z uśmiechem, który aktualnie znikł z jego twarzy na widok bladej twarzy Chloe - Wszystko w porządku?
      - A czy tutaj cokolwiek jest w porządku? Och, Glizdek... - nagle jego oczy zaszkliły się i zbliżał się aby przytulić się do Petera. Siedzieli więc obolali na podłodze wagonu przytulając się z zamkniętymi oczyma. Czuli bliskość drugiej osoby, odczuli jak dobrze mieć przy sobie przyjaciela. Nagle po policzku Jamesa poleciały łzy, jednak Peter bał się je otrzeć, nie dlatego, że może urazić Jamesa lecz dlatego, że boi się, że poruszy szkło tkwiące w twarzy chłopaka i uszkodzi jego piękną buzię.
      - Wszystko będzie dobrze, James. Najważniejsze abyśmy trzymali się teraz razem - zobaczył, że James kładzie się na podłodze i zwija się w kłębek jak pies, który pilnuje właściciela - James, to nie ma sensu... James? Słyszysz mnie? Ann... Jej nie ma - wyszeptał, jednak zrozumiał zachowanie przyjaciela i zrobiło mu się źle na myśl o jego zachowaniu, że wolał wyładować złość zamiast zostać przy ciele dziewczyny, którą uważał za idealną, a przez to... Nawet już nigdy nie ujrzy jej twarzy, choćby martwej, nawet się z nią nie pożegna tak jak należy... Spojrzał jeszcze raz na Chloe i zauważył, jak jej klatka piersiowa zaczyna się unosić - James! - chłopak nie zareagował - James, zobacz, ona żyje!

wtorek, 1 marca 2016

Post byle coś było ;p

Kurka wodna, ja wiem jak bardzo wypada coś wstawić ale... No nie idzie ;-; Postaram się dodać jakieś dwa rozdziały w marcu, ok?
A teraz coś z innej beczki, czyli fragment historii ciekawszej, z pomysłem (nie ze spontanem jak tutaj) i pisanej lepszym stylem + czy byście chcieli przeczytać te opowiadanie w całości? Bo nie wiem czy pisać czy zostawić jako niedokończony projekt xD

- Przepraszam – podeszła do jakiegoś starszego ucznia, na oko z piątego roku, z krawatem w odcieniach jej domu – Czy jest tutaj coś na wzór „pokoju nauczycielskiego”, w którym siedzą nauczyciele…? Jestem z pierwszego roku i…
- Nie masz planu? - zapytał się i uśmiechnął gdy ta pokiwała głową – Chodź, zaprowadzę cię – wyciągnął do niej rękę, za którą ta mocno ścisnęła.
Prowadził ją, a osoby z portretów, które mijali, machali do chłopka wesoło krzycząc: „Hej, Josh”.
- Widzę, że jesteś tutaj popularny – powiedziała Lily gdy minęli kolejny portret.
- Prefekt naczelny – powiedział, pokazując złotą odznakę z czerwoną literą „P” przypiętą na piersiach.
- Przepraszam, że pytam, ale… Kto? - zdziwiła się rudowłosa.
- Jesteś mugolaczką, prawda? - dziewczyna pokiwała głową, ale bardzo niechętnie, bo przez te kilka godzin spędzonych w szkole zauważyła już dwie osoby, które wyśmiewały się z tak zwanych „szlam”, czyli jak jej kiedyś tłumaczył Severus: osób, które mają niemagicznych rodziców.
- Tak, ale… Nie wyśmiejesz mnie? - zapytała, a do jej oczu zaczęły napływać łzy.
- Nie, skąd, niby czemu miałbym cię wyśmiać? - zaskoczył się – To, że twoi rodzice są mugolami wcale nie czyni cię gorszą! Dalej jesteś czarodziejką, a magiczna społeczność cię akceptuje! Znaczy się większość, bo wiesz, Ślizgoni i te sprawy. Dla nich liczą się tylko ci, których rodzice są czarodziejami, reszta jest dla nich po prostu nikim, kimś, kto musi „zniknąć”. Wracając do Twojego pytania… Prefekt to taka osoba, która pomaga nauczycielom i uczniom.
- Ah… - wybąkała Lily, nie słuchając już tego co Josh mówił dalej o prefektach. Skupiła się na tym, że dla Ślizgonów „liczą się tylko ci, których rodzice są czarodziejami, reszta jest dla nich po prostu nikim, kimś, kto musi 'zniknąć' ”. Czy to znaczy, że skoro Severus jest Ślizgonem, to ona jest dla niego nikim? Czy ona też musi zniknąć? I w jaki sposób zniknąć? Czy on… Czy on chce ją, Lily, swoją przyjaciółkę… tak po prostu zabić? Nie, to nie możliwe, przecież…
- No i jesteśmy – powiedział blondyn pukając do drzwi.
Nagle drzwi zaczęły się uchylać i stanął w nich nauczyciel, którego Lily spotkała dzisiaj – nauczyciel eliksirów.

Teraz widzę, że to jest naprawdę króciutkie, ale może kogoś zaciekawi, zostawcie opinię o moim "nowym" stylu pisania, bo ciekawi mnie czy nie wprowadzić tego też tu na blogu :)

czwartek, 11 lutego 2016

Porcja informacji

Wiem, że ten post nie jest zbytnio interesujący ale pragnę abyście wszyscy wiedzieli, że bardzo przepraszam za brak rozdziału.
Pisząc ten post pęka mi głowa, mam ochotę pochłonąć kilka tabliczek czekolady lecz niestety nie mam ich przy sobie. Mam ochotę się rozdwoić: iść do sklepu, pisać rozdział, czytać książkę, popisać sobie z kimś, robić lekcje, uczyć się... Nie wyrabiam i tyle. Na dodatek chyba będę chodzić na korepetycje z angielskiego. Wybaczcie, naprawdę.
A tak przy okazji: Miłego dnia. Wątpię abym dała radę napisać cokolwiek w weekend. Więc nie mam pojęcia kiedy cokolwiek wstawię.

sobota, 23 stycznia 2016

Rozdział XXVIII - Nie wszystko musi skończyć się szczęśliwie

 Witajcie :D
Nie sugerujcie się tytułem, bo to nie koniec bloga xD
Trudno było mi wymyślić tytuł, jestem słaba w wymyślaniu :/
Bardzo się trudziłam nad tym rozdziałem, liczę na to, że się spodoba i zostawicie komentarz :)
+ zauważyłam ponad 8000 wyświetleń, dziękuję <3
Miłego czytania :D


      - Cześć mamo! - krzyknęła Emily machając w stronę domu, z którego przez otwarte okno machała jej mama.
      - Wzięłaś wszystko? - zapytał tata Emi patrząc na jedną malutką torbę, dziwiąc się.
      - Tak, przecież to nie początek roku! - zobaczyła spojrzenia rodziców - No dobrze, początek roku, ale nie szkolnego. Wszystko mam w Hogwarcie - powiedziała, ale mimo to zajrzała do torby, upewniając się, czy zabrała kilka drobiazgów, m. in. księgę o magicznych ziołach i roślinach, zapalniczkę, bo co jak co, ale w świecie magii zawsze jest przydatna i swoją ulubioną bransoletkę z koniczyną, identyczną jaką ma Julie na znak przyjaźni... A no właśnie, Julie.
      Emily błyskawicznie wepchnęła tacie swoją malutką torbę i przebiegając przez ulice przed jadącym samochodem pobiegła ile sił w nogach do domu Julie. Mijała sąsiadów patrzących na nią jak na wariatkę, ale nie przejęła się tym. Cała czerwona, ledwo łapiąca oddech miała już zastukać do drzwi swojej najlepszej przyjaciółki, ale jednak zamiast tego chwyciła w ręce śnieg i ubiła z niego kulę, a następnie weszła do domu bez pukania. Pod wpływem jej dotyku śnieg zaczął się topić i kapać na dywan w korytarzu dziewczyny. Jednak Emi się tym nie przejęła i powoli ruszyła dalej w poszukiwaniu swojej ofiary. Powoli zza rogu wyjrzała w kierunku kuchni, jednak nie zauważyła tam nikogo. Aby dostać się do pokoju przyjaciółki musiała przejść przez kuchnię, więc było to konieczne. Powoli i po cichu zaczęła stąpać po panelach aby nie wydać nawet najmniejszego dźwięku. Nagle w pewnym momencie poczuła jakiś ruch powietrza za sobą, z kierunku lodówki. Szybko podeszła do lodówki i zauważając jakąś postać wyłaniającą się zza lodówki szybko obrzuciła ją śnieżką i usłyszała... niezadowolone miauczenie. No tak, co prawda rodziców Julie nie było, ale została ze swoim kotem, a właściwie kocicą - Różą. Była dosyć, jakby to ująć... No cóż, po prostu była już trochę stara. Nie była już kociakiem, tylko elegancką, dorosłą "damą", którą jej przyjaciółka zamierza zabrać ze sobą w podróż do szkoły magii. Nagle do kuchni, zbawiona wołaniem swojej kotki wpadła Julie. Zauważyła jeszcze nie stopione fragmenty kulki oraz te stopione w postaci wody.
      - Hej Julie... - powiedziała Emi starając się nie patrzeć jej w oczy - Przyszłam zobaczyć, jak idą ci przygotowania, bo zaraz musimy jechać...
      - Z pewnością byłoby lepiej, gdybyś nie obrzuciła Róży śniegiem z nadzieją, że to ja - powiedziała poważnym tonem po czym się zaśmiała - Em, nic się nie stało i tak miałam ją trochę "otrzeźwić" przed wyjazdem! Nie wierzę w to, że naprawdę tam jadę... Mi też chyba przyda się takie "otrzeźwienie" aby uświadomić sobie, że to się dzieje naprawdę...
      - Z tym nie powinno być problemu... - powiedziała blondynka ruszając w stronę okna, otwierając je i zgarniając biały puch z parapetu - Niech ci to idzie na zdrowie! - krzyknęła rzucając kulką prosto w nos dziewczyny - Otrzeźwiona? Jak nie, to bez problemu mogę powtórzyć zabieg... - znów sięgnęła w stronę parapetu i wycelowała.
      - Emi, przesta... - nie dokończyła Julie, ponieważ śnieg zatkał jej usta. Wypluła go - Osz ty... Więc w takim razie wojna! - krzyknęła wybiegając na dwór i nie zwracając uwagi na to, że Emily jest w kurtce, podczas gdy ona w bluzce z krótkim rękawem.
      - July... Radzę ci, wracaj, naprawdę nie chcesz być chora w Hogwarcie, to radzę ci, wracaj, już nie będę!
     - Jak ktoś sam zaczyna to musi ponieść konsekwencje! - powiedziała Julie wskakując przez okno i trafiając śnieżką w szyję Emily.
     - Ej, to nie fajne!
     - W sumie, to kiedy nie jest się ofiarą, to jest to bardzo fajne...
     - Możecie... Być... Ciszej? - do pokoju wszedł pięcioletni brat Julie, Kamil, ciągnąc za sobą niebieskiego króliczka i przecierając oczy. Dziewczyny zupełnie zapomniały, że jest on w domu!
      - No i widzisz co zrobiłaś? Obudziłaś Kamila! - krzyknęła Emily na Julie - Idź się pakuj, bo się spóźnimy - ponagliła ją.
      - Byłabym już dawno gotowa, gdyby nie ty... No ale dobrze, chcesz mi pomóc? - spytała, jednak w ramach odpowiedzi zobaczyła ziewającą Emi - W takim razie dobrze, możesz iść, zaraz przyjdę.
      Emily usłuchała przyjaciółki i wyszła. Śnieg otaczał wszystko. W końcu zima. Spojrzała na swoje czerwone ręce i zakodowała w głowie aby pamiętać o rękawiczkach. Po chwili drzwi się otworzyły i wyszła ubrana w zieloną kurtkę, niebieski szalik, niebieskie rękawiczki i czerwone nauszniki Julie, taszcząc za sobą dwie walizki, z torbą przewieszoną przez ramię i plecakiem z logo Nike na plecach.
     - Trzymaj - rzuciła jeszcze jednym plecakiem, najwidoczniej lekkim z logo Pumy w stronę blondynki, która go złapała.
      - Ej! Też mam swój bagaż! - dziewczyna udała oburzoną jednak założyła plecak na plecy - Tak w sumie to czemu zabierasz tyle rzeczy? Mi wystarczyła malutka torba!
      - I to tobie mam przypominać niezliczoną ilość plecaków, które nosisz ze sobą rok w rok i na ledwo upychając w nich swoje rzeczy? Dla mnie to jest początek roku.
       Dalsza droga pod dom Emi upłynęła im w ciszy. Po July wyraźnie było widać strach przed nieznanym, natomiast Fox była w siódmym niebie na myśl o powrocie do szkoły magii. Emily chwyciła swojego ojca za ramię, a patrząc na nią niepewnie Julie także zrobiła to samo.
      - Trzymajcie się mocno! - krzyknął pan Fox i wszystko do okoła zawirowało.
      Nagle Julie zaczęło się robić niedobrze, czuła jakby jej głowa pękała na kawałki, jakby jej mózg się przepracował i jakby leciał z niego dym. Poczuła zapach dymu. I dym rzeczywiście ją otaczał. Stała na peronie 9 i 3/4 a kłęby dymu i pary leciały z komina pociągu.
      Do wielkiego pociągu wtaczały się dzieci, uprzednio żegnając się z rodzicami. Julie stała z zaskoczoną miną. Nie dowierzała swoim oczom, nie dowierzała swojemu mózgowi w to, że naprawdę tu stoi. Nagle straciła równowagę i uderzyła twarzą w posadzkę. Poczuła płyn wypływający jej z nosa, którego strumień był tak natarczywy, że po chwili czuła smak płynu na swoich ustach
      - Nic ci nie jest? - zapytał ktoś.
      Julie poczuła dłoń na swoim ramieniu i spróbowała się podnieść, jednak przeszkodził jej ból w nodze i natychmiast znalazła się spowrotem na ziemi. Krwotok z nosa nie ustawał - wręcz przeciwnie, nasilał się. Poczuła się bezsilna i słaba, dlatego postanowiła nie podejmować kolejne, pewnie nie udanej próby podniesienia się.
      - Emi? - mruknęła cicho - Pomożesz? - nie usłyszała jednak odpowiedzi ani nic się nie stało.
      - Wszystko w porządku? - nagle pojawiła się odwrócona do góry nogami głowa, jak gdyby będąca w powietrzu. Po chwili reszta "głowy" ukazała się w całej okazałości. Długie, gęste, lekko falowane ciemne blond włosy, twarz umazana od ziemi, ciemno zielona bluzka z podwiniętymi do łokci rękawami, rozpięta, brązowa kamizelka, czerwona chustka zawiązana luźno na szyi, granatowe spodnie, trampki z obwiązanymi w okół kostek długimi sznurówkami. Nagle głowa ponownie się odezwała - Jestem Resa, a ty?
      - Julie... Mogłabyś mi pomóc a nie stać tak bezczynie? - zapytała patrząc na nią niepewnie.
      - Ej, dopiero co się poznałyśmy, skąd miałam wiedzieć żeby ci pomóc? - zapytała dotknięta tym dziewczyna.
      - Hm, no cóż, pomyślmy... Ah no tak, może dlatego, że leżę w kałuży krwi?
      - Może leżenie na posadzce to jakiś twój zwyczaj, hm...? Różni ludzie, różne zwyczaje - skwitowała Resa.
      - To skoro już wiesz, to może raczysz mi pomóc nim uduszę się własną krwią? - powiedziała Julie podnosząc głowę znad krwi.
      - Jasne - powoli zaczęła unosić dziewczynę i gdy zorientowała się, że tej jest coś w nodze to przeciągać gdzieś na pobocze - Boli? Poczekaj chwilę - dziewczyna wbiegła do pociągu.
      - No po prostu ekstra, zostawiła mnie - mruknęła Julie - Pierwszy dzień w magicznym świecie, pięknie się zaczyna...
       - Za 10 minut odjeżdża pociąg! - zobaczyła wyskakującą z wagonu i biegnącą w jej stronę Resę - Musimy się pośpieszyć!
       - Fajnie, że mówisz - powiedziała w czasie, kiedy dziewczyna zdjęła malutki, ciemnozielony plecaczek i zaczęła wyjmować z niego mapy, jakiś kompas, patyk, aż w końcu oznajmiła:
      - Mam! - w ręku trzymała kilka liści i bandaż.
      - Co to za liście? - zapytała zaniepokojona Julie w momencie gdy Resa przyłożyła je do bolącego miejsca
      - Relevium Maximum* Leczą rany, skaleczenia itd, mało znane ale skuteczne, zawierają substancje lecznicze - skomentowała dziewczyna i obwiązała bolącą nogę bandażem - Gotowe. Dasz radę wstać?
      Julie jakoś dohopsała do pociągu i weszła do przedziału akurat gdy wybiła 11:00. Resa rozstała się z nią i weszła do jakiegoś przedziału, z którego dochodziły wesołe śmiechy. Samotna Julie niepewnie i ostrożnie zaczęła poruszać się korytarzykiem, który powoli pustoszał, ponieważ większość osób powchodziła już do przedziałów. Nagle po wagonie przeszedł wstrząs i do uszu dziewczyny dotarło:
      - Syriusz, zostaw trochę, wykończysz wszystkie w przedziale i nie zostanie nic na Filcha! - dziewczyna podczas wstrząsu chwyciła się ściany aby nie upaść a akurat w tej chwili przez przedział przeszedł ponowny wstrząs i dziewczyna upadła tuż przed drzwi od przedziału, które akurat w tej chwili otworzył wstrząs.
      - Och,  nic ci nie jest? - nachylił się do niej czarnowłosy chłopak, któremu fryzura sięgała do ramion. Odruchowo się zarumieniła widząc takiego przystojnego chłopaka.
      - Nic jej czasem nie jest? Nie ma gorączki czy coś? Taka czerwona jest... - kolejna głowa pojawiła się na horyzoncie. Okularnik z roztrzepanymi włosami.
      - Wszystko... W porządku... - powiedziała i usiadła.
      - Masz zamiar... Siedzieć w tych drzwiach dalej? - zapytał gruby, czerwony chłopak siedzący w kącie z paczką chipsów.
      - Ah, tak, znaczy się nie, to ja już idę... - mruknęła i wstała.
      - Na co iść? Zostań tu z nami. Siadaj - grubas pokazał jej miejsce obok siebie.
      Niepewnie podeszła do niego i rzuciła się na wygodne siedzenie. Oparła się, wyciągnęła z kieszeni spodni słuchawki i mp3 po czym zagłębiła się w muzyce i zasnęła.
      - Nigdy nie widziałem jej w Hogwarcie... - przebudziła się i usłyszała szept - A wy? Znacie ją?
      - Zupełnie jej nie kojarzę, co jest przecież nie możliwe, bo wiecie... Mapa... Pozatym spójrzcie na nią... Okolice naszego rocznika... Szósty, piąty albo czwarty, inne nie wchodzą w grę...
      - Ej, spójrzcie na jej nos. A tak w ogóle zauważyliście, że ona kulała? Nie mogliśmy pominąć kogoś takie...
      Nagle poczuli jak pociąg zahamował a James, Syriusz i Remus uderzyli w ścianę po stronie Petera i Julie. Dziewczyna upadła na podłogę i drugi raz dzisiaj uderzyła w podłogę i poczuła czerwony płyn. Zakręciło jej się w głowie. Mignął jej przed oczami gruby chłopak. Usłyszała jak ktoś krzyczy jej imię i starała się mieć otwarte oczy. Widziała mieszaninę różnych kolorów, zielone, niebieskie, czerwone promienie. Zaczęło jej się robić sucho w ustach. Zamknęła oczy, pomimo krzyku i prośb jakiegoś chłopaka aby tego nie robiła. Ostatnie co czuła to czyjeś ręce dotykające jej twarz.
      Wrzask przeszył powietrze, w oczach Petera pojawiły się łzy. Nad jego uchem śmignęło śmiercionośne zaklęcie. Ale nie to było ważne. Ruszył w wir walki. Z szyderczym uśmiechem uderzył pobliskiego śmierciożercę zaklęciem. Śmierciożerca wił się na podłodze, krzyczał z bólu, lecz na marne. Peterowi podobał się ten wrzask, podobało mu się zadawanie bólu. Chciał roznieść wszystkich tu obecnych, chciał aby ponieśli karę, aby poczuli się rozdarci, zniszczeni, tak jak on. Aby czuli to co wyrządzili. Wyszeptał zaklęcie do swojej różdżki, która sprawiła, że wijący się mężczyzna był już trupem.
      Spojrzał na dziewczynę, miała zamknięte oczy. Znów nabrał w sobie siły na dalszą walkę. Był gotowy pozabijać każdego, jeden po jednym, któryś z nich był winowajcą tych wszystkich zdarzeń, któryś z nich zatrzymał pociąg. To mógł być każdy. Przeszedł nad zakrwawioną twarzą Victorie. Znał ją, nie przepadał za nią, ale wiedział, że jest przyjaciółką jego przyjaciela, nie mógł jej zabić. Wyszeptał kilka zaklęć, cięcia na jej ciele zniknęły.
      Nagle spojrzał w górę i dach zaczął opadać w ich stronę. Pociągnął dziewczynę za nogi, ledwo uniknęła zderzenia się z dachem.
      Serce waliło mu jak szalone gdy zobaczył inne zapadające się części pociągu. Pobiegł w kierunku, w którym powinno być ciało Julie.
       Jednak coś się zmieniło.
       Nie było jej tam.


* Ukojenienie maksymalne, jakby ktoś chciał wiedzieć. Niestety nie umiem wymyślać nazw, dobrze, że po łacinie jakoś lepiej brzmi

niedziela, 27 grudnia 2015

Rozdział XXVII - Nigdy więcej Jamesa

Hello :D
Trochę zajęło mi pisanie rozdziału, bardzo przepraszam... :/
Jest taki jaki jest, złożony z dialogów, w następnym upchnę więcej opisów :D
+ tak ogólnie, to następny planuję na sylwestra/Nowy rok *niepotrzebne skreślić*
Mam nadzieję, że się podoba c:
Miłego czytania :*


***
      - Julie! - wykrzyknęła Emi zaglądając przyjaciółce przez ramię - To... To jest...
      - Najwspanialsza wiadomość tego wieczoru! - wykrzyknęła młoda Cullen rzucając się na szyję blondynce.
      - Chciałam powiedzieć, że to niesamowite i wspaniałe, ale zgodzę się także z twoim słowem. Wiesz co będzie oznaczać, że będziesz na piątym roku? - Fox złapała dziewczynę za ręce i zaczęła nimi potrząsać.
      - Że będę miała duże zaległości...? - niepewnie powiedziała dziewczyna przechylając głowę w bok.
      - No ok, to też, ale także, że...?
      - Że zaszła pomyłka... I mogłam chodzić z tobą do szkoły już od dawna?
      - Ciepło, jesteś już coraz bliżej...
      - Że... To coś ma związek z tobą?
      - Yhym... - mruknęła Emily.
      - Nie chce mi się zgadywać. Em, przypomnij mi, bo zapomniałam, na jaki rok ty chodzisz?
      Dziewczyna pokazała wszystkie palce jej prawej ręki a wtedy Remus wyczarował żarówkę i zaklęciem Windgardium Leviosa zawiesił ją nad głową Julie zanim ta zdążyła się odezwać:
      - Będziemy chodzić na ten sam rok! - i uściskała przyjaciółkę.
      - Brawo, pogratulować ci takiej bystrej przyjaciółki - powiedziała żartobliwie Ariana, a Victorie dodała:
      - Jedno jest pewne w 100%: Z taką bystrością z na pewno nie trafi do Ravenclawu.
      - Ej! - wykrzyknęła Emi uderzając lekko Victorie w głowę.
      Russo natomiast pokazała dziewczynie swój sweter, którego ta wcześniej nie zauważyła. Widniał na nim napis: "Nie jestem wredna. Po prostu nie lubię być sztucznie miła" Wszystkie się roześmiały. Następnie schodami poszły do pokoju Em, a za nimi poszli Huncwoci.
      - Emi... Opowiesz mi jak jest w Hogwarcie? - zapytała Julie - Wiem... Wiem, że pisałaś mi o tym list na pierwszym roku... Ale to nie to samo. Ta wiedza mi nie wystarcza. Och, Em, nie mogę uwierzyć, będę się uczyć w Hogwarcie!
      - Uwierzycie, to już piąty rok, piąty! Może July... Tak swoją drogą mam nadzieję, że mogę cię tak nazywać, dopóki nie wymyślimy ci ksywki... Ma naprawdę rację, a i nam przydałoby się przypomnienie lat spędzonych w murach szkoły - powiedziała Ann.
      - Co masz na myśli, Ann? - zapytała Ariana przeciągając się na podłodze.
      Chloe wyszeptała coś do Syriusza, a on powtórzył to Jamesowi.
      - OGLĄDAMY FILM...!! - zawołał z entuzjazmem Rogacz.
      - I wszystko zepsułeś, durniu - Wolf rzuciła w niego poduszką.
      - Ja durniem, JA DURNIEM?
      - Tak. Więc... Em, możesz iść po popcorn, Vic...
      - Na co iść? - zapytał James - Accio popcornnn...!
      Nagle przez okna i drzwi do pokoju zaczął wsypywać się popcorn, a liczba ziarenek wcale nie malała - wręcz przeciwnie.
      - IDIOTO! TY... - zaczęła Ann.
      - Chloe, uspokój się, proszę, uspokój się, oddychaj i nie myśl o tym idiocie, durniu i czym tam jeszcze dla ciebie jest... - zaczęła po cichu mówić Julie - Policz do dziesięciu...
      - Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden... IDIOTO! I ja, tak ja, Chloe Ann Wolf, chciałam z nim kiedyś, podkreślam KIEDYŚ chodzić!
      Nagle popcorn stał się taki jakiś mokry, a do uszu zebranych dobiegł szloch. Emily i Ariana "przepłynęły" przez morze popcornowe, aby dotrzeć do płaczącej dziewczyny.
      - Ann... Ty płaczesz?
      - Nie przejmuj się tym idiotą..
      Lecz jednak ich próby pocieszania wywołały jeszcze większą powódź.
      - Popcorn solony - powiedział James, chwytając jedno z ziarenek i wkładając do buzi.
      - Tak właśnie SOLONY, solony łzami! - wybuchła dotychczas spokojna Emi.
      - Bądź co bądź, ale łzy Ann są bardzo smaczne - odparł Syriusz, także próbując sprowadzonego popcornu.
      - Zamknij pysk - wysyczała do Łapy Ari.
      - Nie jestem pse... - jednak napotkał spojrzenia znajomych z Hogwartu - No dobrze, macie rację, jestem psem... Ale to nie znaczy, że macie tak do mnie mówić!
      - Czekajcie, nie rozumiem. On - powiedziała Julie wskazując na Blacka - jest psem. Jedno pytanie: Jak?
      - July... Jesteś tu? Myślałam, że zwiałaś jak tylko ta dwójka, oczywiście mowa o Potterze i Wolf, zaczęła się kłócić - powiedział zaskoczony Remus.
      Nagle z dołu przybiegli rodzice Em i pozostałych, wykopując drzwi, przez co fala popcornu zalała również ich.
      Po dłuższym przeklinaniu dorośli posprzątali popcorn, słuchając przy tym narzekań Syriusza, któremu popcorn bardzo smakował i w końcu, ulegając, pozwolili mu napełnić nim kilka misek, swoje kieszenie, a także buty. Wszystko wróciło na swoje miejsce. No w sumie to prawie wszystko.
      - To co... Oglądamy ten film na poprawę humoru? - zapytała Vic przeciągając się na materacu i pijąc sok lodowy z grappy.
      - Nie - oburknęła Chloe obracając się w stronę ściany - Na pewno nie z nim - dodała wskazując na okularnika.
      - Nie to nie.
      - Ej... I co ja teraz zrobię z tym popcornem? - zapytał zasmucony Syriusz wpychając wolno kolejne ziarenko do ust.
      - Może z pewnością funkcjonować jako karma dla psów - powiedziała Ari.
      - Ej... To nie jest...
      - Po pierwsze: od "ej" nie zaczynamy zdania, a po drugie to właśnie, że to było ŚMIESZNE - powiedziała bardzo poważnym tonem Victorie poczym wybuchła śmiechem.
      - Z całą pewnością, bo ten pyszny popcornik solony łzami Chloe nie może się zmarnować! - wykrzyknął Potter.
       Spotkał się on oczywiście z piorunującymi spojrzeniami dziewczyn i Remusa, ponownym płaczem Ann oraz wygnaniem z pokoju.
       - Black, ty też wyjdź. Wiem, że niezawiniłeś, ale to jednak sprawa nie dla was. To tyczy się też ciebie, Remus - w oczach Emily płonął ogień, więc chcąc nie chcąc, ratując swoje życie, chłopcy opuścili pokój.
      - James Potter to dupek. Nienawidzę go. Nadszedł czas, by powrócić do przeszłości i pokazać mu, że to nie on tu rządzi.
      - My kontra James, ma się rozumieć? - zapytała Victorie.
      - My kontra Huncwoci - odpowiedziała Wolf - Jesteście za?
      - Nie. Kontra James z chęcią, nawet kontra James + Glizdek, ale halo, chyba nie zapomniałaś, że dwie twoje przyjaciółki chodzą z Huncwotami?
       - No to my kontra Rogacz i Glizdek. Teraz pasuje? - gdy Ann zobaczyła kiwające głowami dziewczyny, dodała - Teraz zrobimy im piekło.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Hello :D
Y, ten, wiecie co dzisiaj (14.12.15r) mamy? Poniedziałek? No niby tak, ale nie o to chodzi. To dziś jest rocznica założenia tego bloga. Dokładnie rok temu ten blog pojawił się w blogosferze.
A ja pamiętam dokładnie wszystkie okoliczności, w których powstał i jestem z tego bardzo dumna. Jednak zacznę od czegoś innego.

PODZIĘKOWANIA 
Komu i za co?
Chloe Ann Wolf - za pomoc przy blogu. Gdyby nie ona to tego bloga by nie było. Ale jednak jest. A chociaż Ann już go chyba nie czytuje to ja i tak wyślę jej link do tego postu z nadzieją, że zrobi się jej przyjemniej. Naprawdę, Ann dziękuję za wiarę we mnie i za pomoc.
Julianowi, opowiadaniowej Arianie - za zapewnienie mi startu. "Harry Potter - opowiadania", od tego wszystko się zaczęło. I gdy się dostałam to... No po prostu miałam dzięki temu dobry start, wiedziałam, że nie piszę do kitu, bo jednak dostałam się. Dziękuję, Juleg za danie mi szansy.
Wiktorii, opowiadaniowej Vic znanej także kiedyś pod pseudonimem Motywacja - za zmuszanie mnie do pisania i na wyżej wspomnianej już stronie "Harry Potter - opowiadania", i na blogu. Ojć, to twoje "Pisz, PISZ!" na które narzekałam naprawdę pomagały. Dziękuję, Vic i mam nadzieję, że wrócisz do motywowania mnie.
Asi, opowiadaniowej Kath - za to, że jesteś, tak poprostu, mimo naszej początkowej nienawiści, mimo tego, że odeszłam ze strony, mimo tego, że tyle narzekałam, mimo tego mojego ciągłego zawalania cię wiadomościami... Tobie, Asiu, dziękuję po prostu za to, że jesteś i mnie nie opuszczasz.
Elizce - chcę ci podziękować za... Za to, że... Jako pierwszej, jedynej z mojego otoczenia, z ludzi, których znam nie z internetu ale z realu dowiedziałaś się o tym blogu. Że to tobie zaufałam, to tobie o tym powiedziałam, to z tobą rozmawiałam o tym na przerwach. Dziękuję ci, podobnie jak Asi za to, że jesteś.
Vicky - mojej byłej becie, która sprawdzała mi pierwsze rozdziały. Dla ciebie też serdeczne podziękowania
Teraz podziękowania z innej beczki, dla komentatorów, dla was też znajdzie się słówko odemnie
Alicji Sims - przytoczę tu twój cytat "Już się bałam, że stawiasz kreskę na ten blog i przestajesz pisać. Ale na szczęście jest rozdział :)". Zostałaś, jako moja czytelniczka z 2014 roku, czekałaś 3 miesiące, a nic się nie wydarzyło, ale mimo tego jednak czytałaś gdy się ruszyłam i komentowałaś. Jestem ci za to naprawdę wdzięczna, a twoje komentarze naprawdę potrafiły dać niezłego "kopala w dupala"
LunesDor - zaczęłam wplatać zabawne wątki dopiero po przeczytaniu twojego bloga. Tak się przy nim uśmiałam... Nieświadomie ty także wprowadziłaś zamianę w moim blogu. Dziękuję ci i przepraszam za zaleganie z rozdziałami u ciebie z całego serducha, ale coś czuję, że są one smutne, a to naprawdę nie jest odpowiedni czas na płacz i załamanie nerwowe z powodu zbliżającego się końca.
Julii Dudzik - także twoje komentarze bardzo lubiłam czytać,  takie jakieś... No, miłe były, także bardzo motywujące
Jest mi niezmiernie przykro, że mogę podziękować tylko tylu komentatorom i to jeszcze naciągane, ponieważ pod ostatnimi rozdziałami są tylko komentarze Elizki i Asi


HISTORIA POWSTANIA BLOGA 
Pamiętasz Ann? Wieczór, 14 grudnia 2014 roku... Emi wpada na pomysł, założę sobie bloga. Koniec.
Ale to tak nie było. Ann to autorytet, osoba godna naśladowania i właśnie wieczorem, 14 grudnia, Emi pojęła decyzję o założeniu bloga, kierując się genialną Ann. Problem w tym, że Emi to nic niepotrafiący dekl, więc nie obeszło się od małej pomocy ze strony Ann... No dobrze, nie była wcale taka mała. Bo Ann stworzyła tego bloga i zapewniała mu układ graficzny dopóki Emi jakiś miesiąc temu nie postanowiła zmienić szablonu i nie spieprzyła wszystkiego, ale to już zupełnie inna historia... No i Emi napisała do Ann i wtedy kochana Ann wzięła sprawę w swoje ręce, a Emi w tym czasie wściekała się, bo przegrywała w chińczyka... A kiedy Ann kończyła tworzyć bloga, to Emi grała w Państwa-Miasta i miała troszku opóźnioną reakcję na wiadomości od Ann, bo kochana kuzynka Emi, była pewna, że Emi może wyszukać sobie rzeczy do gry i zabierała jej telefon. I wtedy Ann oznajmiła: "Skończyłam!". No ok, nie dosłownie, po prostu wysłała mi link do bloga. Zero mojej pomocy czy cuś, więc Ann jest wielka. No a teraz Emi spieprzyła szablon i na tym kończy się ta wspaniała i fascynująca historia o tym jak ten blog znalazł się w blogosferze.

MOJE POCZĄTKI W PISANIU
Zarówno ja jak i Ann swoje początki w pisaniu zawdzięczamy stronie "Harry Potter - Opowiadania", a swoją znajomość stronie "Polscy fani Harry'ego Pottera", ale nie o tym będę teraz mówić. Tak właściwie nie ma się nad czym rozczulać. Ktoś chce poczytać moje pierwsze porządne twory? Zapraszam tutaj -> https://www.facebook.com/media/set/?set=a.678815982205957.1073741851.635529969867892&type=3


PODZIĘKOWANIA #2
Te podziękowania kierowane są do każdego, który zajrzał na mojego bloga, który cokolwiek tutaj przeczytał. Dziękuję.

wtorek, 10 listopada 2015

Rozdział XXVI - Magia świąt

- Emi, wstawaj! - ze snu wyrwało Fox wołanie. Ach tak, musiała zasnąć w samochodzie! Spojrzała na zegarek... 6:20... W sumie, to jest dosyć wcześnie, ale... - Emi! - powtórzyło się wołanie, a blondynka wpadła w ramiona Julie - swojej mugolskiej przyjaciółki.- Jak dawno cię nie widziałam! - wykrzyknęła Emily - Dzisiaj przyjadą moje koleżanki - 'i koledzy' pomyślała, ale pominęła ten fakt - Dzisiaj jest Wigilia! - nagle ją olśniło i pociągnęła przyjaciółkę w stronę kuchni - Julie! Przyjdziesz do nas ze swoimi rodzicami, prawda? - zapytała choć doskonale znała odpowiedź.
- Oczywiście!
Po dzieleniu się swoimi przygodami przyjaciółki usłyszały burczenie w brzuchach. Weszły do wielkiej kuchni w której roiło się od jedzenia.
- Zacznijmy od... naleśników! - powiedziała Julie i wepchnęła sobie naleśnika z dżemem truskawkowym do buzi. To samo zrobiła Em tyle, że jej naleśnik był o smaku...
- Fuj! - wykrzyknęła i wypluła ugryzioną część naleśnika na podłogę - Jakby chociaż raz nie mogli pójść na korzyść rodziców Julie - mruknęła pod nosem wycierając twarz chusteczką i kładąc resztę naleśnika na talerz - Czemu oni chociaż raz nie mogliby gotować tak jak mugole!
Rodzina szatynki była wtajemniczona w "niezwykłość" rodziny Fox, bo rodziny te przyjaźniły się od pokoleń.
- Co znowu? - roześmiała się Julie.
- O smaku wymiocin...
Dziewczyny zaczęły rozwijać i sprawdzać zawartość każdego naleśnika aż rozdzieliły je na dwa talerze - na jednym naleśniki o zwykłych smakach, na drugim o tych 'magicznych'.  Teraz musiały pamiętać aby ostrzec gości na jakim talerzu jakie się znajdują.
- Czemu to zawsze mnie trafia się to co najgorsze? - zapytała blondynka retorycznie - To teraz może... Paszteciki dyniowe! Do nich raczej niczego nie dodali, ale warto się upewnić - powiedziała gdy usłyszała ponowne burczenie w brzuchu.
Jednak paszteciki dyniowe okazały się zwykłymi pysznymi pasztecikami dyniowymi i każda z przyjaciółek zjadła ich po pięć.
- To jest pyszne! - wymamrotała Cullen z pełnymi ustami.
- Lepiej się pohamujmy, spróbowałyśmy raptem dwóch potraw, a reszta czeka... Obiecuję ci, że jeśli reszta potraw okaże się niejadalna to na pewno wrócimy do pasztecików.
Następnie podeszły do talerzy na których leżała ryba i krab. Ryba była zwykła, tyle że źle doprawiona a krab... Gdy tylko spróbowało się skubnąć jego kawałek on natychmiast ożywał i próbował zabić swoimi szczypcami...
Następnie podeszły do sałatki z serem feta, który... muczał.
Każda potrawa miała w sobie jakieś magiczne "ale" i gdyby na kolację przyszedł zwykły mugol to natychmiast po sięgnięciu po którąś z potraw zemdlałby, uciekł lub przestraszył się na śmierć.
Na koniec podeszły do wielkiego stołu, na którym leżały słodycze. Już miały zacząć się nimi objadać, lecz do kuchni weszła pani Fox.
- Och, Julie, jesteś już - spojrzała na ręce wyciągnięte w stronę stołu - Bardzo dobrze dziewczynki, że pomyślałyście... Idźcie i przywieście słodycze na choinkę, tylko... Pilnujcie czekoladowych żab, one uwielbiają uciekać.
Emi przypomniała sobie incydent z tamtego roku. Jedna z czekoladowych żab próbowała wydostać się z choinki, drzewko runęło a świece na nim podpaliły dom...
Posłusznie zaniosły słodycze do salonu i zobaczyły wysoką choinkę a z sufitu padał śnieg.
- To jest prawdziwa magia! - krzyknęła Julie.
Na drzewku wisiały już świecące się łańcuchy - chociaż jeden mugolski akcent. Nagle do pokoju wpadł Remus i rzucił na Emily niewebralne zaklęcie* w związku z czym wisiała teraz w powietrzu do góry nogami.
- Luniek! - krzyknęła blondynka gdy zobaczyła, że ten się śmieje - Natychmiast chcę na dół.
Usłuchał jej i spadła z łoskotem na ziemię.
- To nie jest śmieszne, Lupin - powiedziała i sięgnęła po różdżkę w związku z czym jego włosy zmieniły kolor na czerwony.
- Jak świątecznie! Dzięki, Emi! - podszedł do niej i pocałował w policzek.
- Co ty tu robisz... Jest dopiero... - próbowała znaleźć gdzieś zegarek.
- Jest już 16, a to znaczy, że zanim wszyscy przybędą zostanie ci godzina, a ja postanowiłem przybyć wcześniej aby ci pomóc...
- Czemu godzina? Przecież wszyscy mieli przyjść na 16:30... - zdziwiła się Em.
- Syriusz i James. O... hej - dopiero zauważył, że obok Fox stał ktoś jeszcze - Kim jesteś?
- Julie, przyjaciółka Emily - przedstawiła się.
Z pomocą Remusa dziewczyny zawiesiły czekoladowe żaby na choince w dziesięć minut, a później cała trójka poszła na górę do pokoju Fox.
Ściany były lilowe, a na nich wisiało pełno półek. Na półkach ustawione zostały mugolskie i czarodziejskie książki. W narożniku stała gitara a obok niej został rzucony plecak. Łóżko "lewitowało" gdzieś pod sufitem , a na podłodze rozłożony był żółty dywan. Okno znajdowało się naprzeciwko drzwi. A całość była poprzeplatana ze świątecznymi światełkami.
- Emi, ty grasz na gitarze? - zapytał zaskoczony Remus.
- Nie, wiesz, to tylko tak dla ozdoby - powiedziała z sarkazmem.
Lupin jednym machnięciem różdżki sprawił, że papierki po mugolskich słodyczach, które okryte były za gitarą zamieniły się w poduszki na których usiedli.
Po chwili rozległ się dzwonek do drzwi.
- Ja otworzę! - krzyknęła blondynka i zbiegła na dół. Gdy otworzyła drzwi wejściowe wpadła w objęcia Chloe a państwo Fox przywitali państwo Wolf - Ann, chodź do pokoju, zaprowadzę cię! - i pociągnęła ją za rękę.
Na początku Wilczek starała się nie wspominać o Hogwarcie ani o wszystkim innym co związane z magią dopóki Julie nie zapewniła ją, że wie o magii.
Następnie przyszedł Pettigrew, a zaraz po nim Ariana i Susan. Następnie dołączyła do nich Elizabeth. Victorie przyszła z głośnym hukiem, ponieważ przez przypadek trochę zdenerwowana sprawiła, że choinka w niedalekim parku się przewróciła... Wszyscy czekali jeszcze tylko na Syriusza i Jamesa.
- Luniek? - zapytała Emily patrząc na niego - Miałeś rację, Black i Potter się spóźniają, ale jest już po 17 a ty przewidywałeś, że wpadną do nas o siedemna...
Nie udało jej się dokończyć zdania ponieważ przez otwarte okno wlecieli do domu na miotłach Rogacz i Łapa, który nie zdążyli wyhamować i wpadli na drzwi.
- Skąd ja to znam... - mruknęła Eli przypominając sobie swoje pierwsze wyzwanie na turnieju trójmagicznym
- Tadam! - mruknął okularnik próbując naprawić swoje wejście smoka.
- Co się stało? - zapytał Lunatyk kładąc się na dywanie i wyczekując długiej i wyczerpującej opowieści.
- No bo... - zaczął Black - to było tak, że...
- Jechaliśmy do was motorem Syriusza... ale...
- Daj mi dokończyć! - zdenerwował się Łapa - no i jechaliśmy moim motorem, kiedy zauważyły nas mugolskie gliny...
- Czyli tacy mugolscy aurorzy, którzy myślą, że są jak aurorzy...
- No ale oni wszystko psują!
- I nie potrafią złapać złoczyńcy... No i my natchnęliśmy się na nich...
- Chcieli nas wsadzić do paki...
- Do więzienia - uściśliła Emi aby zrozumieli to też ci, którzy nie znają tego mugolskiego slangu.
- No bo, "przekroczyliśmy prędkość" - James zrobił w powietrzu nawiasy
- I chcieli wiedzieć jak się nazywamy...
- A Black był głupi i zdradził im nasze nazwiska!
- No bo przecież pełno jak Potterów i Blacków w Anglii!
- Ale wracając...
- No my trochę spanikowaliśmy...
- Więc, ten, wyciągnęliśmy różdżki i...
- Coście najlepszego zrobili?! - wykrzyknął Remus przerywając im.
- No wyciągnęliśmy różdżki i przywołaliśmy miotły...
- A wtedy oni zabrali nasze różdżki i postanowili wsadzić nas do psychiatryka...
- No i wtedy Syriusz kopnął glinę trzymającego telefon w twarz...
- I wtedy przyleciały nasze miotły...
- Więc uciekliśmy!
- A oni wsiedli na motor Łapy...
- I gonili nas, na moim motorze!
- Więc, dostali Drętwotą...
- A że jeden z nich był otyły i trzymał się motora...
- No to się rozbili...
-  I zniszczyli mi motor! - zakończył lamentując Black.
- No wiesz, zawsze mogło być gorzej... - poklepała go po plecach Ari.
Zegarek pokazywał już 17:15 więc wszyscy zeszli aby pomóc nakrywać do stołu.
Julie przypomniała o ohydnych naleśnikach i razem z Emi powiadomiła o nich wszystkich.
Kolacja nie odbyła się bez wpadek takich jak rozlanie barszczu, na szczęście nikt nie zaczął jeść kraba, najwyraźniej wszyscy przeszli na dietę bez krabową.
Po kolacji przyszła pora na prezenty. Większość dostała po prostu to co było im potrzebne do szkoły. Emi wraz z przyjaciółmi miała już zamiar wracać do pokoju ale nagle wleciała sowa z listem. Na liście była pieczęć Hogwartu a koperta zaadresowana była do Julie.

Szanowna panno Julie Cullen! 
Z radością zawiadamiamy, że została pani przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. 
Uczęszczać będzie pani na piąty rok. 
Z poważaniem, 
Minerwa McGonagall

*w domu Emi można było używać czarów bo jej ojciec był czarodziejem 

sobota, 31 października 2015

Rozdział XXV - Zmiany w ludziach

Znając szczęście, bal został przerwany, w najlepszym momencie… Kath, jak już cię kiedyś znajdę, to cię zabiję. Przyrzekam. Zaskutkowało to oczywiście tym, że teraz Dumbledore i inni nauczyciele obradują, a nam każą siedzieć w Pokoju Wspólnym… Pięknie! Na dodatek, jakby tego było mało Ślizgoni siedzą u siebie, Krukoni są w swojej komnacie, Puchoni siedzą zlęknieni gdzieś w okolicach kuchni… A Gryfoni naprawdę nie są na tyle głupi, aby teraz skradać się po zamku i uprzykrzać życie innym. Nawet Huncwoci.
Eli siedziała opierając głowę o fotel w którym siedziałam. Oczy miała zamknięte, makijaż rozmazany… Prawie spała… Cóż jej się dziwić, jest już dużo po drugiej, czekamy tu ponad 1,5 godziny… Sama bym się przespała, ale jednak ten natłok myśli… Choć w sumie to nie wiem czemu nie mogę zasnąć. Próbowałam czytać książkę, rysować ale nie mogę się na niczym skupić, bo moje myśli wędrują do…
- Eli – wyszeptałam po cichu w razie czego biorąc pod uwagę opcję, że może spać. Uniosła jednak głowę, a w jej smutnych, zrozpaczonych oczach pojawiły się iskierki radości – Mam dość tego wszystkiego, tego czekania… To straszne – powoli i ostrożnie podniosłam się z fotela, w którym oprócz mnie przebywały również śpiące Chloe i Ariana – Chodź do dormitorium, może tam będzie spokojniej… - Francuzka pokręciła głową.
- Nie chcę zostawać sama, Emi. Wolę zostać tu i czuwać wśród innych – uśmiechnęła się smutno po czym znów oparła głowę o kanapę i zamknęła oczy, a ja znów zostałam sama ze swoimi myślami… Po raz kolejny. Za dużo tej samotności. A skoro i tak już zeszłam z kanapy, i nie miałam szans wcisnąć się na nią od nowa z powodu dziewczyn, które teraz zajęły przez sen także moje miejsce… Czemuż by nie poszukać reszty? Z mojej paczki zostały mi jeszcze do odszukania Susan, która pewnie spędza czas z Carolem, więc szukanie jej nie ma sensu, Vic i Kath… Co ja najlepszego wyrabiam! Miałam o niej nie myśleć! Przestać się tym zadręczać! Tylko… Czy to możliwe? Tak nagle wyrzucić ją z mojego życia… Muszę porozmawiać o tym z Victorie, gdy tylko ją znajdę.
Zaczęłam przeciskać się przez tłum Ślizgonów, przechodząc nad ciałami leżącymi na podłodze.... Śpiącymi oczywiście. Tak, na pewno ją znajdę, przecież jest taka wyróżniająca się... Nagle poczułam, że ktoś łapie mnie za ramię i wrzasnęłam
- Cicho siedź, Fox - skarcił mnie Syriusz uśmiechając się. Za nim stała reszta Huncwotów - Gdzie Ari?
- Śpi w fotelu obok kominka - już miał zamiar tam iść ale ostrzegłam go - Ale nie lubi jak się jej budzi, więc jeśli nie chcesz zacząć już się szykować na swój pogrzeb to dobrze radzę, nie budź jej.
Ku mojemu zaskoczeniu posłuchał. Spojrzałam na twarze zebranych. Remus patrzył na mnie z wyraźną ulgą, Peter był w szoku, a James... Był przygnębiony, bardzo. Spróbowałam go pocieszyć.
- James, Syriusz... Myślę jednak, że dziewczyny nie pogniewają się na was jeśli je obudzicie i trochę z nimi pobędziecie... Ja i Remus poszukamy reszty dziewczyn, czyli tak w sumie to tylko Victorie, a Peter... Jesteś Gryfonem, a ponadto Huncwotem, więc chyba mały wypad do kuchni nie zrobi ci problemu, prawda? - myślami czułam, że Pettigrew jest dalej przy słowie kuchnia, więc nie oczekiwałam odpowiedzi. Wszyscy powoli pokiwali głowami i odeszli w swoją stronę. Zostałam tylko ja i Lupin.
- Remmy, co ugryzło Jamesa? Zaczynam się o niego martwić...
- To dosyć skomplikowane, choć można też odpowiedzieć jednym słowem: Lily - i nagle wszystko zaczęło nabierać sensu, ale on mówił dalej - Chyba pamiętasz tę naszą podróż w przyszłość z profesorem Dumbledore'em? - pokiwałam głową nie wiedząc dlaczego do tego nawiązuje - Była tam mowa o tym, że... Evans zginie. A on oczywiście myśli, że to właśnie ten moment, że nadszedł czas... I nie wiem, czy zauważyłaś, że nie chciał iść z Blackiem. Może nie sprawiał takiego wrażenia, ale... Według tego co widzieliśmy, pocieszała go Chloe, a Ann przypomina mu o Lily. On nie chce o niej myśleć, to chyba oczywiste. Wolał iść z nami, ale starał się tego nie okazywać. Od tych... Nawet nie wiem ile czasu minęło, ale mi się zdaje, że już kilka godzin, no... My go tu zaciągnęliśmy siłą, a tak w sumie to Syriusz go zaciągnął... Ja też się o niego martwię, Emi - dodał na koniec widząc moje spojrzenie.
Szliśmy dalej w milczeniu szukając Victorie. Nagle zaczęłam się robić senna.
- Luniek, wracajmy... Ja nie dam rady dłużej... Jestem śpiąca - powiedziałam i ziewnęłam głośno.
Przytuliłam się do niego a on pocałował mnie w czubek głowy. Wziął mnie na ręce a ja wtuliłam się w niego i zasnęłam.
~~~
- Wstawać! Jest już jedenasta! - ze snu wyrwała wszystkie dziewczyny Ari. One jednak nie miały zamiaru wstawać i wtuliły się mocniej w poduszki - Nie chcę być natrętna ani nic ale... O 11:30 musimy być gotowe, o 11:45 odjeżdżamy!
Nagle zerwały się szybko i rozpoczął się dziki wyścig do łazienki. Chloe w połowie drogi przewróciła się wpadając na miskę, Eli opóźniło sięgnięcie po ubranie, Victorie była cwańsza i wyszła wziąść prysznic w dormitorium chłopaków a Susan zaliczyła wywrotkę tuż przed drzwiami potykając się o kogoś but. Ostatecznie wygrała Emi i kiedy Sus się podniosła zatrzasnęła jej drzwi przed nosem.
- Kto pierwszy ten lepszy, Shey - skwitowała - Accio ubranie!
Elizabeth zaklnęła pod nosem, że nie pomyślała o zaklęciu accio.
- Moim zdaniem... - odezwała się Susan - powinniśmy wchodzić do łazienki według tego wyścigu, więc ja idę po Emi. Pośpiesz się! - to ostatnie powiedziała w kierunku drzwi łazienki.
Po Susan była Chloe, a po Ann Elizabeth.
- Accio grzebień, accio podręcznik - mruczała pod nosem Wolf podczas pakowania.
- Ann, nie żeby coś, ale... Bierzesz podręcznik? Na Merlina ci on! - wykrzyknęła Ariana rzucając najbliżej leżącą książkę w kąt.
Nagle na łóżko wleciała sowa. Trzymała tylko jedną kopertę zaadresowaną do wszystkich dziewcząt. Ruda rozerwała powoli kopertę.

Hej dziewczyny, 
Przepraszam bardzo za wczoraj, możliwe, że narobiłam wam kłopotu. 
Ale wcale nie chciałam, przysięgam. 
Jesteście pewnie na mnie złe, boicie się mnie. Nie możecie uwierzyć, że dzieliłyście dormitorium ze... Śmierciożerczynią. 
Teraz nie mam gdzie wrócić a Severus... Pewnie jest na mnie zły, ma ochotę mnie zabić. 
Sama jestem zła i doskonale was rozumiem. 
Miłej przerwy Bożonarodzeniowej,
Jeszcze raz przepraszam za zepsucie balu...
Kath 

Siedziały w milczeniu aż Emily nie sięgnęła po list i nie zgniotła go w kulkę. Dźwięk gnieconego papieru otrzeźwił umysły pozostałych

Kath, 
Nieobchodzi nas to, co robisz teraz. Chcemy zapomnieć. Nie o tym co zrobiłaś, lecz ogółem o tobie. Nie obchodzi nas Smarkerus. Byłaś nie uczuciwa. Na Merlina, oszukałaś nas!
To koniec.
Życzymy miłego dnia 

Ann powoli przywiązała do nóżki sowy list i w tym momencie wpadł James i reszta Huncwotów. 
- Odjazd za 5 minut! Ze stacji Hogwart odjeżdża Hogwart Express! 
Na to Ari rzuciła okiem na zegarek i pisnęła. Chłopcy wcale się nie mylili. Za pięć minut odjeżdżają powozy, za 20 minut znajdą się w pociągu. 
James błyskawicznie rzucił się w stronę walizki Chloe i zaczął na siłę upychać do niej wszystkie leżące w koło przedmioty. Syriusz pomógł rudej, a Peter Victorie. Lupin zaś podszedł do blondynki.
- Jak ci się spało? - zapytał siadając na skraju pościelonego łóżka. 
- A dobrze, a tobie? - uśmiechnęła się pogodnie Fox i włożyła na siebie niebieski sweter. 
- Doskonale - wyszczerzył zęby - pomóc ci nieść walizkę? A zresztą, co ja się pytam, nawet jak się nie zgodzisz to i tak ci pomogę! 
Roześmiali się, a ona nieświadomie złapała go za rękę. 
- My już pójdziemy! W razie czego powiadomimy McGonagall i Slughorna, że kilku uczniów i kilka uczennic potrzebuje więcej czasu! - krzyknął Remus i wyciągnął Emi oraz walizki za drzwi. 
Mruknął coś pod nosem, walizki się zmniejszyły a on włożył je do kieszeni.
- Raczej nie zdążymy w dwie minuty dojść na miejsce. Zawsze możnaby spróbować teleportacji, gdyby nie to, że w szkole to niestety niemożliwe.
- Można też polegać na mugolskich sposobach - powiedział Remus gdy doszli do schodów, osiadł na poręczy i zjechał na dół - Chyba, że wolisz nigdzie nie jechać.
Emi zrobiła to samo co on i sekundę przed czasem wpadli na Błonia. 
- Lupin, Fox, nie spodziewałabym się po was spóźnienia - skarciła ich Minerwa. Widząc jak Lunatyk chce otworzyć usta dodała - To jaką teraz mają wymówkę?
- Pomagają pięknym dziewczętom w pakowaniu się. 
- Ach, tak... Tym razem powóz nie dowiezie ich na czas, niestety kobiety mają wygórowane wymagania - mruknęła - użyjemy teleportacji.
Po jedenastu minutach czekania, cała siódemka wybiegła przed Hogwart. 
- Chwyćcie się mnie za ramię.... Nie ma co się martwić, prawda, to trochę nieprzyjemne uczucie, ale bardzo przydatna umiejętność - powiedziała opiekunka Gryffindoru. 
- Trochę?! - wykrzyknęła Emi gdy weszli do wolnego przedziału - To ma być trochę nieprzyjemne?! Nawet nie podejdę do egzaminu z teleportacji!
- Nie rozpaczaj, w świecie czarodziejów nie poradzisz sobie bez teleportacji - mruknął James - Zrozum nie wszędzie można używać proszku Fiuu.
Ari z Syriuszem usiedli przy oknie i pogrążyli się w rozmowie kiedy reszta zaczęła ustawiać bagaże i zajmować miejsca. Nagle z przedziału wybiegła Vic.
- A tej co? - zapytał Lunatyk blondynki przysiadając się do niej i wyciągając książkę.
- Pewnie o czymś sobie przypomniała - odpowiedziała i rozejrzała się po pozostałych - Zupełnie jak za starych dobrych czasów... Chciałabym to przeżyć jeszcze raz...
- A kto nam zabroni powtórzyć historię? - uśmiechnął się Black i wyczarował butelkę.
- Czyli gramy w butelkę! Panowie i panie, sowy, koty i ropuchy... Zapraszam na środek! - krzyknął Rogacz wyrywając butelkę Łapie - Tym razem to ja zaczynam!
Obrócił butelką a ta wskazała Syriusza.
- Role się odwróciły, Syri! No to... Prawda czy wyzwanie?
- Wyzwanie - zdecydował prawie od razu czarnowłosy Gryfon.
- Idź i pocałuj pierwszą dziewczynę, którą spotkasz na korytarzu.
- Myślałem, że to będzie coś trudniejszego! Przecież wszyscy mnie kochają, to będzie dla niej tylko przyjemność...
Ari spiorunowała go wzrokiem.
- Nie złość się kochanie, to tylko jeden głupi pocałunek, jeden głupi pomysł tego kretyna... - od razu pożałował tych słów po zawisł w powietrzu do góry nogami - James! Ściągnij mnie stąd!
Chłopakowi udało się zaliczyć wyzwanie bez złości swojej dziewczyny i teraz on zakręcił butelką.
- Butelka wskazuje na Ann, a butelką nigdy się nie myli, więc Chloe...
- Prawda - odpowiedziała momentalnie.
- Nie przerywaj mi, Wolf, ja tak bardzo chciałem dokończyć to pytanie! Więc prawda czy wyzwanie? A z racji tego, że już udzieliłaś mi pozwolenia na zadawanie pytań, to mam tu pewną długą listę dotyczącą ciebie i Jamesa... - powiedział wyciągając pergamin.
- Ani mi się waż, Black. Jesteś przebiegły... Aż dziw, że tiara na przydzieliła cię tam gdzie reszta twojego rodu - odparł Potter.
- Pamiętaj, tiara nigdy się nie myli - odparował jego rozmówca.
- Cisza! Zadawaj pytanie, Łapo - powiedział Remus a widząc uśmiech na twarzy Syriusza dodał - Ale tylko jedno.
- No to trudny wybór... Czy lubisz te jego popisywanie się przed ludźmi i to "jestem najlepszy, patrzcie i podziwiajcie mnie"?
James także spojrzał na dziewczynę ciekawy odpowiedzi.
- Nie - później butelka wskazała osobę siedzącą obok Emi.
- Lupin... Co teraz czytasz?
Wszyscy zebrani roześmiali się gdy przypomnieli sobie tą samą sytuację przy pierwszym spotkaniu

Wilczek zakręciła butelką jeszcze raz, a ta wskazała Lupina, który do tej pory siedział cicho. Pytanie wypowiedziane było cicho. Bardzo cicho... a brzmiało ono:
- Co teraz czytasz?
Wszyscy wybuchnęli głośnym i nieopanowanym śmiechem. Remus dopiero teraz oderwał się od książki i patrzył na wszystkich dziwnym wzrokiem. Zapytał się tylko:
- O co chodzi...?
Wtedy wszyscy zgodnie krzyknęli: "Co teraz czytasz?!" A chłopak stwierdził, że nie będzie brał w tym udziału więc tylko pokazał okładkę książki.

Nagle do przedziału weszła Vic i cała atmosfera wspominania się zepsuła. Całowała się ona bowiem ze swoim chłopakiem.
- Yyyy... Cześć Kaspian - mruknęła Em podnosząc się z podłogi i siadając na swoim miejscu. Pozostali zrobili to samo i nastała nie zręczna cisza.
- Gdzie jest tak w ogóle Elizabeth? - zapytała po chwili i stwierdziła - Pójdę z Lunatykiem jej poszukać.
Gdy wszyscy już byli Fox zabrała głos:
- Moja rodzina wpadła na pomysł, że może wszyscy wraz z rodzinami - w tym momencie spojrzała na Kaspiana dając mu do zrozumienia, że wszyscy to nie on - wpadniecie do nas na święta. Byłoby nam bardzo miło.
Wszyscy entuzjastycznie pokiwali głowami i reszta drogi upłynęła na planowaniu, spaniu i jedzeniu.
- Do zobaczenia za jutro! - wykrzyknęli gdy znaleźli się na stacji Kings Cross i przytulili się serdecznie. To właśnie jest przyjaźń.

wtorek, 13 października 2015

Rozdział XXIV - Listy i bal

Ech, zacznę od przeprosin. Miał być do wczoraj, jest dzisiaj, ale za to dłuższy niż było przewidywane. Wczoraj chciałam kończyć rozdział, ale kułam na kartkówkę z biologii... Której oczywiście nie było ;-; Zmarnowałam tylko czas ;-; 
Jest dłuższy niż trzy strony w Libre Office, myślę, że pokrywa się to ze stronami Worda, a bynajmniej na to liczę... Och, zakochałam się we fragmencie o Ari i Syriuszu <3 Uwielbiam ten fragment <3
Wczoraj zaczęłam a dzisiaj skończyłam czytać "Zostań, jeśli kochasz"... Podziwiam wyobraźnię autorki, strzępy mózgu wyleciały podczas wypadku... Trochę to przerażające xD
Przypominam o zasadzie CZYTASZ = KOMENTUJESZ!
A i jeszcze coś ważnego: nie ważne, czy chcesz wylać na mnie falę hejtu, czy nie masz o tym zdania lub nie masz czasu na komentarz, dla mnie wystarczy zwykła kropka, po prostu chcę wiedzieć, że czytacie.
Poprzedni rozdział ma prawie 200 wyświetleń 2 komentarze + jedną osobę, której opinię dostałam na privie bo nie mogła skomentować. Naprawdę, tak trudno się pofatygować?
Miłego czytania, czekam na komentarze.

***
Emily, Victorie, Elizabeth, Ariana, Susan i Chloe siedziały właśnie w dormitorium i od godziny przygotowywały się do balu, choć tak właściwie nie zrobiły jeszcze nic.
- Tak właściwie to z kim idziecie na bal? - zapytała Vic od niechcenia.
- Wczoraj siedziałam w pokoju wspólnym z Remusem i tak jakoś mnie zaprosił… - odpowiedziała Fox czerwieniąc się na myśl o chłopaku.
- Z Carolem – odparła Susan.
No tak, to było do przewidzenia. Carol to chłopak blondynki, jest ze Slytherinu. Zarozumiały i zadumany w sobie.
- Tak w sumie to z nikim – stwierdziła Eli.
- No co ty, jesteś przecież taka ładna! - krzyknęła Emi – Lupin powinien cię zaprosić zamiast mnie.
- Em, wszystkie dobrze wiemy, że Luniaczek jest tobie przeznaczony, więc… A co do moich planów to tego wieczoru Black organizuje podwójną randkę – powiedziała Ari – i tak się składa, że jestem jedną z jego dwóch wybranek.
- No James mnie zaprosił i postanowiłam dać mu szansę, ale ostatnią.
Wszystkie spojrzenia skierowały się w stronę Russo.
- Z nikim – uśmiechnęła się krzywo – Chyba żadna z nas nie ma zamiaru zejść dziś na obiad? - wszystkie pokręciły głowami – W takim razie ja chyba pójdę po jakąś przekąskę do kuchni.
Dziewczyna szła w kierunku kuchni gdy nagle minęła się z tym blondynem, który wczoraj siedział obok niej w skrzydle szpitalnym.
Chłopak ją zauważył i chwycił ją za rękę aby się zatrzymała.
- Witaj Victorie… Zastanawiam się… Czy chciałabyś iść ze mną na Bal Bożonarodzeniowy?
- Tak w sumie to czemu nie? Pomińmy fakt, że wcale cię nie znam. Do zobaczenia przed Wielką Salą pół godziny przed balem. Mam nadzieję, że jesteś punktualny.
Po tych słowach odeszła w kierunku lochów Ślizgonów.
- Przyniosłaś coś do jedzenia? - zapytała ruda czesząc swoje włosy – A tak w ogóle, to zaraz przyjdzie tu Kath, bo ma dość dziewczyn ze swojego dormitorium i twierdzi, że jesteśmy sympatyczniejsze.
- To się jeszcze okaże – stwierdziła Sus – Przyniosłaś to jedzenie czy nie? - spojrzała na Vic z pogardą.
Ta tylko pokręciła głową i rzuciła się na łóżko. Jakby ten dureń nie mógł zaproponować jej tego wczoraj… Nie ma nawet porządnej sukni, ani nie wie jak upnie włosy, jakie buty założy…
- Halo, tu ziemia! - przed oczami pomachała jej dopiero co przybyła Katherine – Chyba ktoś tu się zamyślił.
- Och, hej Kath – mruknęła dziewczyna – Myślicie, że mogłabym pożyczyć od was jakąś suknię? Niestety pewnien chłopak zaprosił mnie…
- I to ma być niestety?! - wykrzyknęła Ari.
- Niestety jest to, że zrobił to dopiero przed chwilą…
- To wszystko tłumaczy. A co tam u ciebie Kath?
- Idę sama. Ten ch… Snape mnie nie zaprosił – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu.
- Jak to?! Co się stało?
- Idzie z tą szlamą. On idzie z Evans.
Nagle od strony okna dobiegły je zakieś hałasy. To sowa stukała dziobem w okno.

Emily Fox
Hogwart – głosiło koślawe, mało czytelne pismo

Kochana Emi!
Wiem, że zobaczymy się już jutro ale stało się coś niesamowitego! Nie chcę o tym napisać, bo chcę poznać twoją reakcję.
Do zobaczenia jutro,
Julie
PS. Dowiedziałam się od Twoich rodziców, że dzisiaj w Hogwarcie jest bal bożonarodzeniowy więc… Postanowiłam, że zrobię ci prezent, już taki w ramach świąt

Blondynka ściągnęła z nóżki śnieżnej sowy paczkę i rozerwała papier.
Jej oczom ukazała się piękna niebieska sukienka bez ramion. Skromna bez cekinów i innych takich ale za to… Julie przeszła samą siebie.
Widząc szok na twarzy przyjaciółki reszta dziewcząt zaczęła zaglądać jej przez ramię. Przez chwilę słychać było tylko pojedyncze „Och” i „Ach” aż w końcu odezwała się Ann:
- Przymierz ją, Emi!
Lisek weszła do łazienki i wyszła z niej w oszałamiająco idealnie pasującej sukni.
- Wyglądasz jak księżniczka! - pisnęła Kath.
Nagle Ari spojrzała na zegarek:
- Została nam tylko godzina!
Wszystkie zaczęły uwijać się w nieziemskim tempie.
Elizabeth założyła długą, fioletową suknię bez ramion, włosy spięła w eleganckiego koka i po dłuższym zastanawianiu się nad wyborem obuwia wybrała czarne baleriny.
Chloe ubrała beżową sukienkę. Góra była koronkowa, a od pasa była zrobiona z pomarszonego tiulu. Założyła białe szpilki a włosy zostawiła rozpuszczone, odpadające na ramiona.
Katherine miała czarną suknię, bardzo wyróżniającą się. Suknia ma zielone ozdoby na końcu i jest bardzo wielka. Ona podobnie jak Eli miała koka. 
Ariana miała włosy lekko i delikatnie upięte na czubku głowy, coś jakby kok. Suknię miała krwiście czerwoną do kolan, a jej nogi zdobiły czerwone buty na korku.
Vic miała także czarną suknię, góra była koronkowa, długie koronkowe rękawy, odsłonięte plecy w kształcie litery "V", dół sukni przypominał bardziej galową spódniczkę. Włosy miała do połowy proste, od dołu falowane. Jej buty były czarne, na koturnie.
Emily zaplotła włosy w warkocz po czym upięła go w kok. Do sukienki ubrała niebieskie baleriny.
Susan wyszła pół godziny wcześniej, twierdząc, że musi się spotkać z Carolem.
Przed wyjściem przyleciała kolejna sowa do Emily, tym razem od jej rodziców

Kochana Emi,
Dzisiaj wpadliśmy na pomysł, że może zaprosisz swoich przyjaciół i ich rodziny na święta? Chcielibyśmy ich lepiej poznać.
Myślimy, że to dobry pomysł.
Czekamy na Twoją odpowiedź,
Rodzice

Wszyscy wyszli już z pokoju ale Fox nabazgrała na szybko odpowiedź, przywiązała ją do nóżki sowy, którą najpierw nakarmiła i wyszła z pokoju martwiąc się o to, że może już być spóźniona a nie lubi się spóźniać

Kochani mamo i tato,
Zapytam się o wszystko jutro w przedziale i dam wam znać jutro, gdy się zobaczmy.
Podziękujcie Julie za prezent, pozdrówcie ją ode mnie i powiedźcie że nie mogę się doczekać
Kocham was,
Emi

Blondynka wybiegła z pokoju schodami w dół w pośpiechu i prawie wpadła na ścianę ale złapał ją jej partner. *
- Uchu, chu! Ale się rozpędziłaś…
- Dzięki, wiesz, ale sama dałabym radę.
Puścił ją a ona otrzepała swoją suknię. Przechodzący obok Syriusz trzymający za jedną rękę Ari a za drugą Dor zatrzymał się nagle. Co było do przewidzenia dostał z liścia od Meadowes, która mówiła:
- Masz już dwie piękne dziewczyny, a oglądasz się za kolejną… Black, musisz z tym skończyć!
- Dor, a czy ty potrafiłabyś ignorować idealnego faceta?
- Ignorowałam cię przez cztery lata – powiedziała i tym stwierdzeniem ucięła dyskusję.
James i Chloe już dawno wyszli z pokoju więc dwie i pół pary, czyli pięć osób wyszło w pogoni za nimi.
Severus spojrzał z pogardą na Kath, która właśnie wyszła ze swojego dormitorium, bo musiała jeszcze pójść po bransoletkę idealnie pasującą do jej stroju. Dziewczynie oczy zaszły łzami, lecz szybko je otarła, nie chciała bowiem rozmazać sobie makijażu (albo po prostu całkowicie zniszczyć swoje szanse u Snape'a)
- Idziesz do tej szlamy? - spytała i spiorunowała go wzrokiem. Była krucha, wydawała się być twardą osobą, ale w rzeczywistości była zlękniona – Zachowujesz się jak totalny kretyn. Slytherin powinien cię wydziedziczyć… Umawiać się ze szlamami! Phi!
- Nie twoja sprawa, głupia czystokrwista. Ciekawe z kim ty idziesz?
Miała już ochotę nakrzyczeń na niego, powiedzieć mu, że zrujnował wszystko, że okazał się być bezmyślny i wykorzystał ją aby przypodobać się Czarnemu Panu ale… Nie mogła. Dalej go kochała. Owszem, zachował się okrutnie ale czy dlatego ma wykreślić całą miłość, cały plan na przyszłość?
- Z tobą. Ty idziesz z nią, ale moje serce wciąż należy do ciebie. Możesz być nieobecny ciałem, ale dla mnie będziesz obecny duszą i sercem – powiedziała i uroniła pojedynczą łzę – Kocham cię, samolubny dupku. Nie zmienisz tego.
Odeszła, nie chciała płakać, a jego widok budził w niej to uczucie, chęć do płaczu.
Victorie uśmiechała się w czasie drogi do Wielkiej Sali, starała się być spokojna, ale oniemiała gdy zobaczyła tego blondyna w szacie wyjściowej.
- Hej – powiedziała o on skłonił się przed nią i odpowiedział to samo – Nie żeby coś, ale ty znasz moje imię a ja nie znam twojego… Więc, wielmożny panie, jakże pan ma na imię?
- Kastiel, szanowna panno Victorie – złapał ją za rękę – Czy zechciałaby pani towarzyszyć mi w wejściu na salę?
Skłoniła się i już chciała wejść gdy coś sobie przypomniała.
- Wielmożny Kastielu, mamy pewnien problem… Dobrze tańczysz?
- Jaka jest prawidłowa odpowiedź, tak aby szanowana panna Russo zechciała wykonać ze mną pierwszy taniec?
- Ja nie umiem tańczyć więc… - zarumieniła się lekko a on przysunął się do niej.
- Też nie umiem, jeśli nie dasz rady to zwalimy to na mój brak talentu – odpowiedział a ona czuła jego oddech przy swojej twarzy.
W pewnej chwili miała uczucie zatopić się w jego ustach ale… Nie. Ona go wcale nie zna. Dopiero dowiedziała się o tym jak ma na imię. Musi się opanować. Koniec tego dobrego. Powoli go odsunęła.
- Dobrze. Nasze wejście jest oficjalne więc przypominam… To ty ponosisz odpowiedzialność za każdy mój błąd – mrugnęła do niego.
Tuż obok nich przechodzili właśnie Syriusz z Ari i Dorcas.
- Ruda… To była trudna decyzja, ale to właśnie z tobą będzie mój pierwszy taniec – zbliżył się do niej i wziął za rękę – myślę, że masz o tym jakiekolwiek pojęcie, bo ja nie mam żadnego.
Weszli na salę, a akurat w tle leciał wolny kawałek, cała impreza miała zacząć się dopiero za dziesięć minut.
Objął ją w pasie i zaczął powoli kołysać na boki. Spojrzeli w swoje oczy, a nagle serce Ari mocniej zabiło. Objęła jego szyję i zaczęła zbliżać jego wargi do swoich. Pragnęła pocałunku. Są sobie przeznaczeni. W tej chwili istnieją tylko oni. Zaczęła rękami powoli gładzić jego policzki a on pozwolił jej wtulić się w swój tors. Zatapiał swoje dłonie w jej włosach i bawił się nimi w czasie tańca. W pewnej chwili Ariana nie mogła już wytrzymać. Pocałowała go. Długo i namiętnie. Kiedy ona chciała już przerwać pocałunek i poczuła się zawstydzona on złapał ją za głowę i znów zbliżyli się do siebie. Magiczny moment. Magicae momento. Tylko oni. Nie ma nikogo więcej. Widzą tylko siebie samych. Spełnienie snów. Nagle Ariana jako pierwsza zaczyna się otrząsać z tego wspaniałego uczucia i wciąga go do najbliższej pustej klasy.
- Kocham cię – mówi Ariana w przerwie między dalej namiętnymi pocałunkami – Zależy mi na tobie. Będę o ciebie walczyć – szepcze i delikatnie całuje go w ucho.
- Zawsze wydawałaś mi się wyjątkowa. Byłaś pierwszą zatajoną miłością. Największą przyjaciółką. A mimo to… Rozumiem to dopiero teraz – odpowiada Black i coraz mocniej tuli ją do siebie – Te wszystkie głupoty są niepotrzebne. Meadowes… Była wspaniała. Naprawdę. Teraz stała się trochę bardziej opryskliwa, a tego właśnie spodziewałem się po tobie… Zupełnie się pomyliłem. Nie poznałem się na tobie. Nie chcę stąd wyjść. Nie chcę być z Meadowes. Tylko ty. Tylko moja kochana Ariana Shey.
Zatracili się w sobie całkiem. Leżeli na podłodze wtuleni w siebie.
Tylko ty. Tylko moja kochana Ariana Shey” - te słowa znaczyły dla dziewczyny więcej niż mogłoby się wydawać.
- A nie powinienieś dać szansę Dorcas? - zapytała pocichu ruda trochę wstydząc się tym pytaniem.
- Niby czemu? Wiem, że ty mnie kochasz i ja cię kocham. Ona była tylko przynętą – pocałował ją już chyba po raz setny – Mam ciebie.
To było… Takie urocze. Po pewnym czasie Black stwierdził, że powinni iść do Pokoju Życzeń. Wziął prawie już śpiącą dziewczynę na ręce i podążał przed w stronę pomieszczenia co jakiś czas całując policzek swojej ukochanej. Po drodze minął Jamesa, widać było, że wypił już sporo ognistej. Szedł na chwiejnych nogach obok Chloe co jakiś czas zerkając na nią i wymieniając z nią krótkie pocałunki.
James, uważaj, jeśli jeszcze raz ją zranisz...” - pomyślała ruda widząc tą scenę kątem oka.
Doniósł ją i położył na łóżku. Nie potrafił myśleć o niczym innym, myślał tylko o niej. Był Gryfonem, miał prawo do swoich uczuć, ale bał się jednego… Reakcji Meadowes. Była często brutalna, wszyscy o tym wiedzieli i starali się jej nie zezłościć… On miał mieć z nią randkę i zniknął nie wiadomo gdzieś, na dodatek z inną dziewczyną… Trzeba powiedzieć “nie” zamiast znów naopowiadać jej nierealne historie. Trzeba pozbyć się lęku.
Powoli ześlizgnął się z łóżka zostawiając śpiącą dziewczynę i idąc na spotkanie z Czarną. Podczas drogi starał się jakoś ogarnąć… Ułożyć włosy, poprawić koszulę i krawat i pozbyć się emocji z twarzy. Tylko spokojnie Black, to tylko dziewczyna, rzuciłeś już wiele z nich… Czy ona robi jakąś różnicę? Nagle mijając lustro zawieszone na korytarzu zobaczył siebie, a swoich oczach strach. Ogarnij się, to tylko głupia dziewczyna…
Doszedł do wejścia do Wielkiej Sali i już tam natchnął się na Dor.
- Och, hej Dor – odezwał się z udawanym entuzjazmem jednak zmiękł widząc jej spojrzenie. Patrzała na niego z pogardą, z zimnem w oczach – Przemyślałem sobie to wszystko i… - jego głos był bliski załamianiu – Nie chcę z tobą być. Nic go ciebie nie czuję. Nie kocham cię – ostatnie zdanie wypowiedział z taką stanowczością, że w oczach dziewczyny zebrały się łzy… A bynajmniej tak by pomyślał każdy, kto jej nie znał. Była ona doskonałą aktorką – I nie udawaj, znam cię na wylot.
Miał już odejść, wrócić do Shey gdy nagle usłyszał czyjś głos, znajomy głos, pełen lęku.
Nagle ludzie się rozeszli a on zobaczył leżącą na ziemi Lily, na jej twarzy malował się lęk. Nad nią klęczał Severus i próbował… Próbował coś zrobić. Pomóc jej, czy coś… Jednak w pewnym momencie wstał i zaczął biec. Nikt nie rozumiał jego zachowania ale nagle zobaczyli uciekającą dziewczynę… A była nią Kath.
W pewnej chwili już ją złapał, ale ona… W tej chwili wszystkich zaparło dech w piersiach… Katherine była Śmieriożercą i zdradziła się na oczach całej szkoły. Skorzystała ze zdolności 'latania' Śmierciożerców…
Była ona… A co jeśli w szkole jest ich więcej?

*Huncwoci dostali hasło do Pokoju Wspólnego od dziewczyn

środa, 7 października 2015

Rozdział XXIII - W takim razie: Kto zawinił?

Znalazłam idealny moment aby przerwać więc nie mogłam się temu oprzeć. Dlatego taki krótki, przepraszam ;) Za to następny do poniedziałku i będzie miał minimum 3 strony :)
Ponadto aby pomóc wam w rozumieniu niektórych momentów i ogólnie toku mojego rozumowania dodaje w "*" wyjaśnienia pod rozdziałem :)
Tak mam ochotę na zmianę klimatu i ogólnie całego planu na resztę nadchodzących w blogu zdarzeń, że... :D Coś czuję, że niedługo zmienię koncepcję :) A to ogólnie przez takiego genialnego bloga <3
Dobra, jeszcze tylko...
Miłego czytania i pamiętać: CZYTASZ = KOMENTUJESZ!


- Albusie, ktoś zginął, tak nie można tego zostawić! - krzyknęła dyrektorka Beauxbatons
- Nie ktoś, a mój reprezentant! - wykrzyknął Igor Karkarow waląc w stół - Mój Jey zginął!
- Musi być tego jakieś logiczne wytłumaczenie... - szeptała McGonagall.
- Ktoś pewnie zastawił pułapkę czy coś... A może to Śmierciożercy? - stwierdził profesor Gładysz* - Igorze, czemu robisz taką minę? - najwyraźniej dyrektor Durmstrangu albo się zkwasił albo uśmiechnął.
- Zawsze myślisz tylko o Śmierciożercach! A może to był zwykły błąd ze strony ucznia?
- Gdyby uczeń nie był gotowy to czara by go nie wybrała! - wykrzyknęła McGonagall.
- W takim razie: Kto zawinił?
Było to oczywiście pytanie retoryczne i nikt na nie nie odpowiedział. Wykorzystując chwilę ciszy Victorie bezceremonialnie pchnęła drzwi i weszła do środka. Dyrektor Hogwartu gestem wskazał jej krzesło, które dopiero co wyczarował.
Spojrzała na obrazy wiszące na ścianach, które prowadziły zawziętą dyskusję. Na stole stała jakaś dziwna misa, na biurku Dumbledore'a siedział feniks...
Jednak z obserwacji wyrwał ją głos wspomnianej wcześniej osoby.
- Panno Russo... Jest pani na roku... - spojrzał pytająco w stronę dziewczyny.
- Piątym.
- Tak, piątym. Czyli w tym roku zdaje pani Standardowe Umiejętności Magiczne - dziewczyna spojrzała na niego pytająco - czyli SUMy. Wiem, że to pytanie może być nietypowe ale... W sumie to nawet głupie, ale co szkodzi spróbować. Czy oddawała pani już część swoich wspomnień? - spojrzał na jej zaskoczoną minę - Czyli nie... No więc będę musiał sam się o to postarać... Niech pani pomyśli o tym co pani widziała w labiryncie, skoncentruje się na tym i proszę się nie ruszać. Gotowa? - pokiwała głową.
Przez chwilę nie działo się nic szczególnego aż do momentu gdy nagle poczuła jakby unosiła się w powietrzu. Zakręciło jej się w głowie, ale pomimo tego starała się dalej koncentrować swoją uwagę na tej myśli. Spojrzała na zebranych w pomieszczeniu. Profesor Gładysz uniósł kciuk do góry i szepnął aby się trzymała. Dziewczyna była już zielona na twarzy i miała ochotę zwrócić to co zjadła dziś na kolację jednak dalej rozmyślała o tej scenie. I nagle przed oczami stanął jej Jey. Uśmiechał się do niej. Pomachał jej ręką. Zobaczyła ich pierwszą rozmowę i pomyślała o tym co teraz czeka chłopaka. Na pewno już spotkał się z Sam i teraz są razem i są szczęśliwi. W pewnym momencie poczuła, że nie chce już dalej wyobrażać sobie go stojącego z tą jego dziewczyną i upadła na ziemię.
Jedyne co słyszała to zgiełk i hałas, przed oczami mignął jej nauczyciel Obrony przed Czarną Magią a następnie odpłynęła w senny świat.
~~~
**Obudziłam się i zobaczyłam biały sufit, białe ściany... Wszystko w tym pomieszczeniu było białe. No tak, Skrzydło Szpitalne. Spojrzałam w prawo i zobaczyłam chłopaka, który nerwowo ściskał moją rękę. Ej, to moja ręka i nie masz prawa jej trzymać! W wazonie stał bukiet kwiatów... Fajnie, że dziewczyny zadbały aby to wszystko jakoś wyglądało. Jednak wróćmy do sedna sprawy: Kim jest ten chłopak obok mnie i czemu on trzyma moją dłoń! Jednak po pewnej chwili obraz się wyostrzył i zobaczyłam na ubraniu chłopaka herb Durmstrangu.Ogólnie chłopak był blondynem, miał piegi i głębokie jak ocean piękne oczy... Ech, chciałoby się.
Pewnie okaże się, że to kolejny dureń, który chciał posłuchać o tym, jak zginął mężny i bohaterski Jey... No naprawdę denerwujące, w kółko powtarzać tą samą historię... Nagle zauważył, że otworzyłam oczy i szybko puścił moją rękę. Kolejne pytanie chyba retoryczne: Na co więc ją trzymał?
- Obudziłaś się - gdy mówił jego głos drżał. 
- Tak - potwierdziłam i usiadłam na łóżku podpierając się rękoma.
- Pójdę zawołać pielęgniarkę... 
- Kogo? 
- Ach, no tak, tak się mówi na takie uzdrowicielki mniejszej rangi w świecie mugoli - uśmiechnął się do niej blado. 
Chciałam go wypytać o jeszcze wiele innych bardziej istotnych i rządnych odpowiedzi rzeczy ale on już zniknął. 
- Obudziłaś się - powiedziała uśmiechnięta od ucha do ucha pani Pomfrey podchodząc do mojego  łóżka. 
Normalnie świetnie słuchać już drugi raz identycznie to samo w ciągu kilku chwil
 - Tak, obudziłam się - jak dobrze, że przynajmniej ja staram się nie powtarzać.
Pielęgniarka zbadała mnie po czym oznajmiła, że mogę już wyjść, nic mi nie jest, tylko potrzebowałam odpoczynku.
Podczas mojej "pielgrzymki" do Pokoju Wspólnego wpadłam na Emily i Elizabeth. 
- Jak wam poszło? - spytałam bez większych ogródek. 
- Zaraz po incydencie z Jey'em turniej przerwano, ale wykonałyśmy więcej zadań niż Severus i Remus więc mamy drugie miejsce. Severus miał o wiele gorzej i o mało co nie mielibyśmy tutaj dwóch śmiertelnych ofiar. 
Z zaciekawieniem wysłuchałam całej opowieści o tym, jak to lekkomyślnie postąpił nasz kochany książe Eliksirów i jak to jego kochana dziewczyna za namową dyrektora przybyła mu z odsieczą. 
- Więc Severus ma szczęście, że to nie on będzie brał udział w reszcie zadań... - zakończyła swoją opowieść Emi a Eli tylko jej zawtórowała. 
Po chwili milczenia nieśmiało odezwała się Fox. 
- A... Jak to było z Jey'em? Na razie dyrektor nic nam nie mówi, po za tym on sam nie wiele wie. Ma zamiar znów zaprosić cię do gabinetu, ale najpierw musisz się wzmocnić. Wszyscy tu chcą poznać prawdę a znasz ją tylko ty. 
- Cała sprawa jest dosyć dziwna. A sprowadza się do jednej bardzo istotnej rzeczy... I ja o mało co nie zginęłam. 

* Wspomniałam już o tym, nauczyciel OPCM pochodzący z Polski
**Czasem będę potrzebować narracji pierwszoosobowej, bo po prostu lepiej mi się w niej pisze więc... Są to po prostu myśli i przemyślenia osoby o której opowiada dany fragment i tak jakoś wyszło... Spodobało mi się to, ale jednak będę utrzymywać też narrację trzecioosobową ;) 

Obserwatorzy